niedziela, 20 października 2013

Liście z drzew opadły

                             Mamy październik, lato przeszło w jesień, zmiana goni zmianę...  




Ale może zacznę od początku, a nie od środka.

Za dwa tygodnie minie pięć miesięcy od kiedy wyemigrowałam z Polski.  Dokąd?  Oczywiście do Anglii, ale to pewnie nikogo nie dziwi.

Kiedy w czerwcu wsiadałam do autobusu z jedną(niewielką) torbą wypełnioną ciuchami, kosmetykami i z plecakiem na plecach nawet przez myśl mi nie przeszło, że już nie wrócę do mojego ,,kochanego'' Szczecina.
Przecież jechałam na góra dwa i pół miesiąca, a potem powrót do szarej rzeczywistości, rutyna w postaci zajęć na uczelni, udzielania korków z angielskiego, niemieckiego, pewnie nauka kolejnego języka...  Ale tak się nie stało.

Czy ktoś na mnie czekał poza granicami kraju?

No pewnie.  Moje szczęście, chodzące sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wredoty i złośliwości ( ale pozytywnej).  Smerf Maruda bez którego nie wyobrażam sobie teraz choćby jednego dnia.

Jak wyglądały początki?

No cóż, fajnie było sobie odpocząć po całym roku ostrego zasuwania, po zbyt wielkim wysiłku.  Pięknie odzyskiwałam siły.  Spacery, wspólne chwile wypełnione śmiechem i rozmowy, co będzie jak wrócę do Polski.  Chyba już wtedy każde z nas, podświadomie, wiedziało, że nie będę chciała wracać.  Ale co na to rodzina?  No właśnie tego bałam się najbardziej,  bo co z tego, że mam już jedną magisterkę, tytuł licencjata, skoro moja mamusia wymarzyła sobie, że mogę zrobić też magisterkę w Polsce.  Moment poinformowania ich o mojej decyzji odwlekałam tak długo jak się dało...

Po pewnym czasie zaczęło mi się nudzić,  no bo ileż można siedzieć i gotować obiadki?  To nie jest tak, że nie sprawiało mi to przyjemności, bo jak widzę jak moje kochanie piękne zjada obiadek, to jestem bardzo szczęśliwa, ale czas było to zmienić.  Zaczęłam przeglądać oferty, wysyłać CV, no i stało się.  Piątkowe popołudnie, telefon z kancelarii, że zapraszają na rozmowę, na poniedziałek (co z tego, że kancelaria w innym mieście, przecież istnieją pociągi).

Mój złośliwiec pojechał ze mną.  Podjeżdżamy pod wskazany adres i szok.  Kancelaria nie mieści się w dwóch pokoikach, tylko zajmuje cały, piętrowy dom.  Wchodzimy, podaję recepcjonistce swoje nazwisko i nie mija minuta jak w drzwiach pojawia się uśmiechnięta prawniczka, która zaprasza mnie na rozmowę.  Z początku oczywiście rozmowa tyczy się mojego CV, skąd znam język itp.  Potem ja się pytam o kancelarię, co należałoby do moich obowiązków.  Po wyczerpujących odpowiedziach przyszła kolej na test praktyczny. Nie ukrywam, była zestresowana, ale wszyscy mi mówili żebym się nie denerwowała, bo nie mam czym.  Jedna z czterech (!) sekretarek posadziła mnie przy biurku, dała słuchawki na uszy i powiedziała, że teraz muszę napisać list ze słuchu.  Dałam radę.  Potem przyszła kolej na przepisywanie krótkiego paragrafu i jego wyjustowanie.  Też mi się udało.  Na tym był koniec mojej rozmowy.  Usłyszałam, że zadzwonią.
Nie musiałam długo czekać, ledwo weszłam do domu, a tu telefon, że od jutra zaczynam okres próbny.  Moja radość była wielka, oczywiście zaraz pochwaliłam się w domu, wszyscy byli ze mnie dumni, ale nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, że już nie wrócę.
Powinnam tu dodać, że standardowy okres próbny trwa sześć miesięcy, a u mnie trwał zaledwie cztery dni.  Po których usłyszałam, że jeżeli nadal chcę pracować, to od nowego tygodnia zostaję przydzielona do prawników zajmujących się sprawami rodzinnymi itp.  Oczywiście nie trzeba było zgadywać jak brzmiała moje odpowiedź.  Tego samego dnia zakomunikowałam, że nie wracam do Polski...

Czy coś się zmieniło w moich relacjach z rodziną?

Tak, zachowali się tak, jak gdybym nie istniała...  Szybko się rozłączyli i na tym byłby koniec naszych relacji. Podświadomie wiedziałam, że muszą się oswoić z tą myślą i przejdzie im po jakimś czasie, ale tymczasem nie miałam zamiaru się tym przejmować.
Teraz pewnie usłyszę, że jestem wyrodną córką, siostrą i wnuczką, ale taka nie jest prawda, ja po prostu chciałam zacząć żyć swoim życiem, a nie ich.  Dlatego spokojnie przeszłam nad tym do porządku dziennego.

Tempo, w jakim wykonywałam wszystkie polecenia, było powalające i to do tego stopnia, że bywały dni, że musiałam na siłę szukać sobie zajęcia.  Kiedy jeden  z założycieli zauważył to, wziął mnie rozmowę i spytał się czy wyrażam zgodę na to, aby przeniósł mnie do conveyancing department.  Uprzedził mnie, że tam jest masa, często nudnej i powtarzającej się pracy, ale mnie to odpowiadało.  I takim sposobem w ciągu trzech tygodni awansowałam.

W między czasie sytuacja w domu się uspokoiła, zaczęliśmy rozmawiać.  Oni oczywiście doszli do wniosku, że zrobiłam bardzo dobrze, że zostałam (o tym to ja wiedziałam od samego początku).

Jak jest teraz?

Jest cudownie.  Wręcz uwielbiam swoją pracę i wcale nie przeszkadza mi fakt, że dojeżdżam do niej dwoma pociągami, a potem mam jeszcze spacer do kancelarii.  Moi współpracownicy są mili i pomocni.  Pracy rzeczywiście jest dużo, ale ja to lubię i wcale nie uważam, żeby była ona nudna.

A miłość?

To jest temat na kolejnego posta... ;)

1 komentarz:

  1. Hej, trafiłem tutaj bo facebook przysłał mi maila, że niedługo masz urodziny. Ciesze się, że Ci się układa. Od prawie 2 miesiecy mieszkam w Australi, w Sydney. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń