Co znowu wywinelas?
Tak na wstepie to moze wypadaloby powiedziec 'Dzien dobry'?
Dzien dobry czy dzien zly, jest to dla ciebie w ogole jakas roznica?
No jakas jest i to bez watpienia.
Ciekawe jaka...
Nie odbiegaj od tematu. Nie o tym mialo byc.
A o czym? Moze o tym, ze nie uzywasz polskich znakow? ;)
Nie uzywam ich poniewaz pisze w pracy,a bedac tu nie mam zamiaru zmieniac ustawien klawiatury. Ale wracajac do tematu.
Weszlam do kuchni z mysla, zeby zrobic sobie herbate, wlaczylam wode, wyjelam kubek, poslodzilam, wszystko pieknie ladnie. Woda sie oczywiscie ugotowala, wlalam ja do kubka i czekam i czekam i czekam i co sie okazalo?!
No co?
Ze nie wrzucilam do kubka torebka z herbata...
Ty to rozgarnieta jestes. A nie wlaczylas kiedy pralki bez prania, albo nie wolalas psa, chociaz wcale go nie masz? ;)
Nie, no jeszcze tak zle to ze mna nie jest.
A co ci jest?
Nic, przeciez wszystko jest okej.
Jestes pewna, ze na pewno?
W sumie to niczego juz nie jestem pewna, ale czy to w ogole ma jakies znaczenie?
Jakies z pewnoscia...
Wisien na emigracji
środa, 25 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
Minęło przeszło pół roku od mojego ostatniego wpisu,ale... WRÓCIŁAM. Czy na długo? Nie wiem. Czy będę pisała regularnie? Będę się starała. A czy ktoś to w ogóle czyta? Bo wydaje mi się, że nie. Więc po co pisać bym miała? Taka forma terapii...
Coś się zmieniło w Twoim życiu?
Wszystko. To co budowałam rozpadło się jak domek z kart. To w co wierzyłam umarło bezpowrotnie. Nagle wszystkie dezycje, które podjęłam, wydają mi się głupie, niepotrzebne, nierozważne. No ale przecież kierowałam się sercem, a nie rozumem. Wierzyłam w słodkie słówka i obietnice bez pokrycia. Chciałam się zmienić dla kogoś, kto w ostatecznym rozrachunku przyczynił się do rozpadu mojego domku z kart.
A Ty jak bardzo się zmieniłaś?
DOROSŁAM...
Zmieniło się postrzegania świata. Moje priorytety, wartości, a nawet cele...
Nie ufam już, mało mówię, sporo myślę, analizuję. Szukam swojego miejsca, najlepszej drogi.
To wewnętrzenie. A zewnętrznie? Nadal Ty to Ty?
Nie, już od dłuższego czasu nie ma 'mnie'.
Jak to?
Mało mówię, mało się uśmiecham, prawie wcale.
Z dnia na dzień coraz bardziej znikam. Bledne. I tak się zastanawiam czy ktoś w ogóle zauważy jak całkowicie zniknę. Czy ktoś w ogóle odczuje brak mojej osoby...
I choć teoretycznie nie jestem sama, to w praktyce czuję się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej...
Co zamierzasz?
Nie wiem...
Coraz częściej zastanawiam się, czy coś mnie w ogóle tu trzyma...
A trzyma?
Wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie.
A jesteś szczęśliwa?
Nie...
Coś się zmieniło w Twoim życiu?
Wszystko. To co budowałam rozpadło się jak domek z kart. To w co wierzyłam umarło bezpowrotnie. Nagle wszystkie dezycje, które podjęłam, wydają mi się głupie, niepotrzebne, nierozważne. No ale przecież kierowałam się sercem, a nie rozumem. Wierzyłam w słodkie słówka i obietnice bez pokrycia. Chciałam się zmienić dla kogoś, kto w ostatecznym rozrachunku przyczynił się do rozpadu mojego domku z kart.
A Ty jak bardzo się zmieniłaś?
DOROSŁAM...
Zmieniło się postrzegania świata. Moje priorytety, wartości, a nawet cele...
Nie ufam już, mało mówię, sporo myślę, analizuję. Szukam swojego miejsca, najlepszej drogi.
To wewnętrzenie. A zewnętrznie? Nadal Ty to Ty?
Nie, już od dłuższego czasu nie ma 'mnie'.
Jak to?
Mało mówię, mało się uśmiecham, prawie wcale.
Z dnia na dzień coraz bardziej znikam. Bledne. I tak się zastanawiam czy ktoś w ogóle zauważy jak całkowicie zniknę. Czy ktoś w ogóle odczuje brak mojej osoby...
I choć teoretycznie nie jestem sama, to w praktyce czuję się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej...
Co zamierzasz?
Nie wiem...
Coraz częściej zastanawiam się, czy coś mnie w ogóle tu trzyma...
A trzyma?
Wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie.
A jesteś szczęśliwa?
Nie...
Lokalizacja:
Stafford, UK
sobota, 21 grudnia 2013
Jingle Bells
Święta się zbliżają, a u nas co? Remont łazienki, montowanie półki nad łóżkiem, skręcanie stołu i krzeseł, ubieranie choinki. Ale po kolei...
1. Łazienka
Po przecież prysznic jest lepszy od wanny, zwłaszcza gdy ta, jest nieforemna, niewygodna, mała, płytka... I tak to wyliczankę można ciągnąć i ciągnąć i ciągnąć... No, ale skoro wyrzucamy wannę, to przecież od razu można zbić kafelki i położyć nowe. Pewnie, że można, szkoda tylko, że to wszystko tak się rozwleka w czasie, bo przecież trzeba podjechać po zakupy, trzeba pokupować prezenty świąteczne, no i trzeba iść do pracy. A niestety, czasoprzestrzeni nikt nie zagnie i w efekcie na chwilę obecną jest prysznic i kafelki na półtorej ściany. Nie powiem, kafelki ładne, bo beżowe, takie delikatne, można ładne dodatki dobrać. No dobra, ale co z resztą?
2. Półka
No bo, jak to ja. Kocham czytać w łóżku, ale jak już raz wejdę pod kołdrę i się zagrzeję, to później nieszczególnie mam ochotę wychodzić tylko po to, żeby zgasić światło. I takim oto sposobem doczekałam się półki na moje książki, a do półki przymocowana jest lampka, więc problem został rozwiązany w 100%.
3. Stół + krzesła
O, to był bardzo ciekawy przypadek. Bo za kupowanie konkretnego, porządnego stołu, wraz z krzesłami, wzięliśmy się chyba trochę za późno. Jak już w końcu znaleźliśmy set, który by się nadawał i który naprawdę się nam podobał, to okazało się, że mogą go dostarczyć dopiero na...14 stycznia!!! Niestety musieliśmy szukać dalej, no bo co jak co, ale świąt w wersji chińskiej, z poduszkami na podłodze jakoś sobie nie wyobrażałam...
Koniec końców znaleźliśmy COŚ. Dupy nie urywa i z pewnością nie jest naszym docelowym stołem, ale niech będzie chociaż na chwilę.
Miałam o tyle dużo szczęścia, że jak go dostarczyli, to nie było mnie w domu i mój Bob Budowniczy sam się musiał męczyć ze skręcaniem tego wszystkiego. Ale najwidoczniej dobrze mu to wyszło, bo stół stoi od przeszło tygodnia i jeszcze się nie rozleciał. ;)
3. Choinka
No taka zielona, sztuczna, rozłożysta i w miarę wysoka... O tak, szukaj sobie takiej. Zamiast zacząć od zakupu drzewka, to my zaczęliśmy od zakupu lampek. Czemu? Bo tak i już. W międzyczasie kolekcjonowałam najróżniejsze bombki i świąteczne pierdółki. Oczywiście choinka pojawiła się jako ostatni i zarazem najważniejszy element. No,ale cóż, grunt, że w ogóle jest.
4. Prezenty
No tak i odwieczny problem. Co komu kupić. Kto z czego się ucieszy. Co się komu przyda. Teoretycznie ten problem mam w każde święta i jak wiadomo, koniec końców zawsze zostaje rozwiązany, ale stres i nerwy i tak zawsze się pojawiają. Na szczęście wszystko już jest popakowane i nie muszę o tym myśleć.
5. Jedzenie
No tak, bo przecież nie ma świąt bez czerwonego barszczu, uszek, pierogów, czy karpia. A co jeśli dwie, całkowicie odmienne, wizje świąteczne zderzają się ze sobą? No tak, wtedy jedna strona musi ustąpić i zrezygnować ze swoich ,,tradycji'', które wyniosła z domu. Czy w tym momencie tej osobie przestaje całkowicie zależeć na świętach? Przecież to nie będę jej święta, ale z drugiej strony, święta inaczej wcale nie muszą być takie złe... Nieprawdaż?
Sama nie wierzę w to co piszę. No tak, bo to ja jestem tą osobą, która musiała zrezygnować i tak jakby przestało mi już chyba zależeć. Nie czuję tej całej atmosfery, nie ma corocznej radości... Jest tak obojętnie...
1. Łazienka
Po przecież prysznic jest lepszy od wanny, zwłaszcza gdy ta, jest nieforemna, niewygodna, mała, płytka... I tak to wyliczankę można ciągnąć i ciągnąć i ciągnąć... No, ale skoro wyrzucamy wannę, to przecież od razu można zbić kafelki i położyć nowe. Pewnie, że można, szkoda tylko, że to wszystko tak się rozwleka w czasie, bo przecież trzeba podjechać po zakupy, trzeba pokupować prezenty świąteczne, no i trzeba iść do pracy. A niestety, czasoprzestrzeni nikt nie zagnie i w efekcie na chwilę obecną jest prysznic i kafelki na półtorej ściany. Nie powiem, kafelki ładne, bo beżowe, takie delikatne, można ładne dodatki dobrać. No dobra, ale co z resztą?
2. Półka
No bo, jak to ja. Kocham czytać w łóżku, ale jak już raz wejdę pod kołdrę i się zagrzeję, to później nieszczególnie mam ochotę wychodzić tylko po to, żeby zgasić światło. I takim oto sposobem doczekałam się półki na moje książki, a do półki przymocowana jest lampka, więc problem został rozwiązany w 100%.
3. Stół + krzesła
O, to był bardzo ciekawy przypadek. Bo za kupowanie konkretnego, porządnego stołu, wraz z krzesłami, wzięliśmy się chyba trochę za późno. Jak już w końcu znaleźliśmy set, który by się nadawał i który naprawdę się nam podobał, to okazało się, że mogą go dostarczyć dopiero na...14 stycznia!!! Niestety musieliśmy szukać dalej, no bo co jak co, ale świąt w wersji chińskiej, z poduszkami na podłodze jakoś sobie nie wyobrażałam...
Koniec końców znaleźliśmy COŚ. Dupy nie urywa i z pewnością nie jest naszym docelowym stołem, ale niech będzie chociaż na chwilę.
Miałam o tyle dużo szczęścia, że jak go dostarczyli, to nie było mnie w domu i mój Bob Budowniczy sam się musiał męczyć ze skręcaniem tego wszystkiego. Ale najwidoczniej dobrze mu to wyszło, bo stół stoi od przeszło tygodnia i jeszcze się nie rozleciał. ;)
3. Choinka
No taka zielona, sztuczna, rozłożysta i w miarę wysoka... O tak, szukaj sobie takiej. Zamiast zacząć od zakupu drzewka, to my zaczęliśmy od zakupu lampek. Czemu? Bo tak i już. W międzyczasie kolekcjonowałam najróżniejsze bombki i świąteczne pierdółki. Oczywiście choinka pojawiła się jako ostatni i zarazem najważniejszy element. No,ale cóż, grunt, że w ogóle jest.
4. Prezenty
No tak i odwieczny problem. Co komu kupić. Kto z czego się ucieszy. Co się komu przyda. Teoretycznie ten problem mam w każde święta i jak wiadomo, koniec końców zawsze zostaje rozwiązany, ale stres i nerwy i tak zawsze się pojawiają. Na szczęście wszystko już jest popakowane i nie muszę o tym myśleć.
5. Jedzenie
No tak, bo przecież nie ma świąt bez czerwonego barszczu, uszek, pierogów, czy karpia. A co jeśli dwie, całkowicie odmienne, wizje świąteczne zderzają się ze sobą? No tak, wtedy jedna strona musi ustąpić i zrezygnować ze swoich ,,tradycji'', które wyniosła z domu. Czy w tym momencie tej osobie przestaje całkowicie zależeć na świętach? Przecież to nie będę jej święta, ale z drugiej strony, święta inaczej wcale nie muszą być takie złe... Nieprawdaż?
Sama nie wierzę w to co piszę. No tak, bo to ja jestem tą osobą, która musiała zrezygnować i tak jakby przestało mi już chyba zależeć. Nie czuję tej całej atmosfery, nie ma corocznej radości... Jest tak obojętnie...
sobota, 14 grudnia 2013
,,Do zera licznik tyka wciąż''
Naprawdę miałam jak najszczersze chęci, by pisać regularnie, ale... No właśnie, ale...
Co się stało?
Prosty schemat dom-praca-dom... Czy znudziło mi się to? O nie. Kocham moją pracę i pomału zaczyna do mnie docierać, że to jest najprzyjemniejsza część mojego dnia i tak naprawdę tylko tam się dobrze czuję... Czy tak być powinno czy zaczynam popadać w pracoholizm?
A gdzie miejsce na odpoczynek, relaks? No przecież jest, ale jakoś...nie wiem sama....
***
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy na głowie miałam kolorową rewolucję, od jasnego blondu, przez oczojebną czerwień, aż skończywszy na głębokiej czerni...
Czy te zmiany były manifestem? Symbolem wolności? Znakiem nadchodzących zmian?
Nie. One były próbą znalezienia własnego ,,ja''. A przecież moje ,,ja'' jest ze mną przez cały czas, nie zgubiłam go nigdy, ono mogło co najwyżej zasnąć na chwilę, ale mnie nie opuściło nigdy...
A jak jest z emocjami? Uczuciami?
Może rzeczywiście dorosłam i wiele się zmieniło, ale w środku nadal jestem ta samą dziewczyną, która potrzebuje czuć się chciana... Która łaknie ciepła, miłości i zainteresowania... Czy to coś złego?
No, ale przecież w Twoim życiu jest miłość, szczęście. Czy może się mylę?
Nie, nie mylisz się, ale czasami przychodzą takie momenty i zaczynam się zastanawiać, czy to tak rzeczywiście wszystko ma wyglądać...
Co się dzieje?
Na zewnątrz? Nic... W środku... istna burza... Ale nie mówmy tyle o tej miłości, bo czytelnicy (jeżeli w ogóle jacyś są) dojdą do wniosku, że to tylko kolejny blog o miłości, a tego bym nie chciała...
Idą święta...
Tak, radosny czas. Wszędzie choinki, lampki w oknach. W powietrzu zaczyna się unosić klimat świąt, zapach piernika, a śmiech dzieci jest muzyką dla uszu.
A Ty jesteś szczęśliwa? Poddałaś się tej atmosferze, czy stoisz z boku?
Oczywiście, że jestem!
Za szybko odpowiedziałaś...
Co się stało?
Prosty schemat dom-praca-dom... Czy znudziło mi się to? O nie. Kocham moją pracę i pomału zaczyna do mnie docierać, że to jest najprzyjemniejsza część mojego dnia i tak naprawdę tylko tam się dobrze czuję... Czy tak być powinno czy zaczynam popadać w pracoholizm?
A gdzie miejsce na odpoczynek, relaks? No przecież jest, ale jakoś...nie wiem sama....
***
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy na głowie miałam kolorową rewolucję, od jasnego blondu, przez oczojebną czerwień, aż skończywszy na głębokiej czerni...
Czy te zmiany były manifestem? Symbolem wolności? Znakiem nadchodzących zmian?
Nie. One były próbą znalezienia własnego ,,ja''. A przecież moje ,,ja'' jest ze mną przez cały czas, nie zgubiłam go nigdy, ono mogło co najwyżej zasnąć na chwilę, ale mnie nie opuściło nigdy...
A jak jest z emocjami? Uczuciami?
Może rzeczywiście dorosłam i wiele się zmieniło, ale w środku nadal jestem ta samą dziewczyną, która potrzebuje czuć się chciana... Która łaknie ciepła, miłości i zainteresowania... Czy to coś złego?
No, ale przecież w Twoim życiu jest miłość, szczęście. Czy może się mylę?
Nie, nie mylisz się, ale czasami przychodzą takie momenty i zaczynam się zastanawiać, czy to tak rzeczywiście wszystko ma wyglądać...
Co się dzieje?
Na zewnątrz? Nic... W środku... istna burza... Ale nie mówmy tyle o tej miłości, bo czytelnicy (jeżeli w ogóle jacyś są) dojdą do wniosku, że to tylko kolejny blog o miłości, a tego bym nie chciała...
Idą święta...
Tak, radosny czas. Wszędzie choinki, lampki w oknach. W powietrzu zaczyna się unosić klimat świąt, zapach piernika, a śmiech dzieci jest muzyką dla uszu.
A Ty jesteś szczęśliwa? Poddałaś się tej atmosferze, czy stoisz z boku?
Oczywiście, że jestem!
Za szybko odpowiedziałaś...
niedziela, 27 października 2013
Kiczowaty tytuł
Czemu kiczowaty? Bo ma być o miłości...
Wierzycie w przeznaczenie? Że jeżeli dwoje ludzi jest sobie pisanych, to koniec końców i tak będą razem, choćby nie wiadomo co się działo...
Ten post równie dobrze mógłby zaczynać się tak:
Od pierwszego wejrzenia coś zaiskrzyło, ale oboje byli zbyt młodzi na poważne deklaracje i choć przez ten czas w związkach, to dopiero po sześciu latach dojrzeli do tego, żeby spróbować być razem...
Co się zmieniło przez te sześć lat?
Ona dorosła, bardzo się zmieniła. Życie przestało ją rozpieszczać. Poznała gorzki smak rozstania, bólu i samotności. Była na skraju załamania i sama musiała się pozbierać. To zmieniło jej charakter na dobre.
Na dobre? Jesteś pewna?
Tak. Nie...
Wierzycie w przeznaczenie? Że jeżeli dwoje ludzi jest sobie pisanych, to koniec końców i tak będą razem, choćby nie wiadomo co się działo...
Ten post równie dobrze mógłby zaczynać się tak:
Od pierwszego wejrzenia coś zaiskrzyło, ale oboje byli zbyt młodzi na poważne deklaracje i choć przez ten czas w związkach, to dopiero po sześciu latach dojrzeli do tego, żeby spróbować być razem...
Co się zmieniło przez te sześć lat?
Ona dorosła, bardzo się zmieniła. Życie przestało ją rozpieszczać. Poznała gorzki smak rozstania, bólu i samotności. Była na skraju załamania i sama musiała się pozbierać. To zmieniło jej charakter na dobre.
Na dobre? Jesteś pewna?
Tak. Nie...
niedziela, 20 października 2013
Liście z drzew opadły
Mamy październik, lato przeszło w jesień, zmiana goni zmianę...
Ale może zacznę od początku, a nie od środka.
Za dwa tygodnie minie pięć miesięcy od kiedy wyemigrowałam z Polski. Dokąd? Oczywiście do Anglii, ale to pewnie nikogo nie dziwi.
Kiedy w czerwcu wsiadałam do autobusu z jedną(niewielką) torbą wypełnioną ciuchami, kosmetykami i z plecakiem na plecach nawet przez myśl mi nie przeszło, że już nie wrócę do mojego ,,kochanego'' Szczecina.
Przecież jechałam na góra dwa i pół miesiąca, a potem powrót do szarej rzeczywistości, rutyna w postaci zajęć na uczelni, udzielania korków z angielskiego, niemieckiego, pewnie nauka kolejnego języka... Ale tak się nie stało.
Czy ktoś na mnie czekał poza granicami kraju?
No pewnie. Moje szczęście, chodzące sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wredoty i złośliwości ( ale pozytywnej). Smerf Maruda bez którego nie wyobrażam sobie teraz choćby jednego dnia.
Jak wyglądały początki?
No cóż, fajnie było sobie odpocząć po całym roku ostrego zasuwania, po zbyt wielkim wysiłku. Pięknie odzyskiwałam siły. Spacery, wspólne chwile wypełnione śmiechem i rozmowy, co będzie jak wrócę do Polski. Chyba już wtedy każde z nas, podświadomie, wiedziało, że nie będę chciała wracać. Ale co na to rodzina? No właśnie tego bałam się najbardziej, bo co z tego, że mam już jedną magisterkę, tytuł licencjata, skoro moja mamusia wymarzyła sobie, że mogę zrobić też magisterkę w Polsce. Moment poinformowania ich o mojej decyzji odwlekałam tak długo jak się dało...
Po pewnym czasie zaczęło mi się nudzić, no bo ileż można siedzieć i gotować obiadki? To nie jest tak, że nie sprawiało mi to przyjemności, bo jak widzę jak moje kochanie piękne zjada obiadek, to jestem bardzo szczęśliwa, ale czas było to zmienić. Zaczęłam przeglądać oferty, wysyłać CV, no i stało się. Piątkowe popołudnie, telefon z kancelarii, że zapraszają na rozmowę, na poniedziałek (co z tego, że kancelaria w innym mieście, przecież istnieją pociągi).
Mój złośliwiec pojechał ze mną. Podjeżdżamy pod wskazany adres i szok. Kancelaria nie mieści się w dwóch pokoikach, tylko zajmuje cały, piętrowy dom. Wchodzimy, podaję recepcjonistce swoje nazwisko i nie mija minuta jak w drzwiach pojawia się uśmiechnięta prawniczka, która zaprasza mnie na rozmowę. Z początku oczywiście rozmowa tyczy się mojego CV, skąd znam język itp. Potem ja się pytam o kancelarię, co należałoby do moich obowiązków. Po wyczerpujących odpowiedziach przyszła kolej na test praktyczny. Nie ukrywam, była zestresowana, ale wszyscy mi mówili żebym się nie denerwowała, bo nie mam czym. Jedna z czterech (!) sekretarek posadziła mnie przy biurku, dała słuchawki na uszy i powiedziała, że teraz muszę napisać list ze słuchu. Dałam radę. Potem przyszła kolej na przepisywanie krótkiego paragrafu i jego wyjustowanie. Też mi się udało. Na tym był koniec mojej rozmowy. Usłyszałam, że zadzwonią.
Nie musiałam długo czekać, ledwo weszłam do domu, a tu telefon, że od jutra zaczynam okres próbny. Moja radość była wielka, oczywiście zaraz pochwaliłam się w domu, wszyscy byli ze mnie dumni, ale nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, że już nie wrócę.
Powinnam tu dodać, że standardowy okres próbny trwa sześć miesięcy, a u mnie trwał zaledwie cztery dni. Po których usłyszałam, że jeżeli nadal chcę pracować, to od nowego tygodnia zostaję przydzielona do prawników zajmujących się sprawami rodzinnymi itp. Oczywiście nie trzeba było zgadywać jak brzmiała moje odpowiedź. Tego samego dnia zakomunikowałam, że nie wracam do Polski...
Czy coś się zmieniło w moich relacjach z rodziną?
Tak, zachowali się tak, jak gdybym nie istniała... Szybko się rozłączyli i na tym byłby koniec naszych relacji. Podświadomie wiedziałam, że muszą się oswoić z tą myślą i przejdzie im po jakimś czasie, ale tymczasem nie miałam zamiaru się tym przejmować.
Teraz pewnie usłyszę, że jestem wyrodną córką, siostrą i wnuczką, ale taka nie jest prawda, ja po prostu chciałam zacząć żyć swoim życiem, a nie ich. Dlatego spokojnie przeszłam nad tym do porządku dziennego.
Tempo, w jakim wykonywałam wszystkie polecenia, było powalające i to do tego stopnia, że bywały dni, że musiałam na siłę szukać sobie zajęcia. Kiedy jeden z założycieli zauważył to, wziął mnie rozmowę i spytał się czy wyrażam zgodę na to, aby przeniósł mnie do conveyancing department. Uprzedził mnie, że tam jest masa, często nudnej i powtarzającej się pracy, ale mnie to odpowiadało. I takim sposobem w ciągu trzech tygodni awansowałam.
W między czasie sytuacja w domu się uspokoiła, zaczęliśmy rozmawiać. Oni oczywiście doszli do wniosku, że zrobiłam bardzo dobrze, że zostałam (o tym to ja wiedziałam od samego początku).
Jak jest teraz?
Jest cudownie. Wręcz uwielbiam swoją pracę i wcale nie przeszkadza mi fakt, że dojeżdżam do niej dwoma pociągami, a potem mam jeszcze spacer do kancelarii. Moi współpracownicy są mili i pomocni. Pracy rzeczywiście jest dużo, ale ja to lubię i wcale nie uważam, żeby była ona nudna.
A miłość?
To jest temat na kolejnego posta... ;)
Ale może zacznę od początku, a nie od środka.
Za dwa tygodnie minie pięć miesięcy od kiedy wyemigrowałam z Polski. Dokąd? Oczywiście do Anglii, ale to pewnie nikogo nie dziwi.
Kiedy w czerwcu wsiadałam do autobusu z jedną(niewielką) torbą wypełnioną ciuchami, kosmetykami i z plecakiem na plecach nawet przez myśl mi nie przeszło, że już nie wrócę do mojego ,,kochanego'' Szczecina.
Przecież jechałam na góra dwa i pół miesiąca, a potem powrót do szarej rzeczywistości, rutyna w postaci zajęć na uczelni, udzielania korków z angielskiego, niemieckiego, pewnie nauka kolejnego języka... Ale tak się nie stało.
Czy ktoś na mnie czekał poza granicami kraju?
No pewnie. Moje szczęście, chodzące sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wredoty i złośliwości ( ale pozytywnej). Smerf Maruda bez którego nie wyobrażam sobie teraz choćby jednego dnia.
Jak wyglądały początki?
No cóż, fajnie było sobie odpocząć po całym roku ostrego zasuwania, po zbyt wielkim wysiłku. Pięknie odzyskiwałam siły. Spacery, wspólne chwile wypełnione śmiechem i rozmowy, co będzie jak wrócę do Polski. Chyba już wtedy każde z nas, podświadomie, wiedziało, że nie będę chciała wracać. Ale co na to rodzina? No właśnie tego bałam się najbardziej, bo co z tego, że mam już jedną magisterkę, tytuł licencjata, skoro moja mamusia wymarzyła sobie, że mogę zrobić też magisterkę w Polsce. Moment poinformowania ich o mojej decyzji odwlekałam tak długo jak się dało...
Po pewnym czasie zaczęło mi się nudzić, no bo ileż można siedzieć i gotować obiadki? To nie jest tak, że nie sprawiało mi to przyjemności, bo jak widzę jak moje kochanie piękne zjada obiadek, to jestem bardzo szczęśliwa, ale czas było to zmienić. Zaczęłam przeglądać oferty, wysyłać CV, no i stało się. Piątkowe popołudnie, telefon z kancelarii, że zapraszają na rozmowę, na poniedziałek (co z tego, że kancelaria w innym mieście, przecież istnieją pociągi).
Mój złośliwiec pojechał ze mną. Podjeżdżamy pod wskazany adres i szok. Kancelaria nie mieści się w dwóch pokoikach, tylko zajmuje cały, piętrowy dom. Wchodzimy, podaję recepcjonistce swoje nazwisko i nie mija minuta jak w drzwiach pojawia się uśmiechnięta prawniczka, która zaprasza mnie na rozmowę. Z początku oczywiście rozmowa tyczy się mojego CV, skąd znam język itp. Potem ja się pytam o kancelarię, co należałoby do moich obowiązków. Po wyczerpujących odpowiedziach przyszła kolej na test praktyczny. Nie ukrywam, była zestresowana, ale wszyscy mi mówili żebym się nie denerwowała, bo nie mam czym. Jedna z czterech (!) sekretarek posadziła mnie przy biurku, dała słuchawki na uszy i powiedziała, że teraz muszę napisać list ze słuchu. Dałam radę. Potem przyszła kolej na przepisywanie krótkiego paragrafu i jego wyjustowanie. Też mi się udało. Na tym był koniec mojej rozmowy. Usłyszałam, że zadzwonią.
Nie musiałam długo czekać, ledwo weszłam do domu, a tu telefon, że od jutra zaczynam okres próbny. Moja radość była wielka, oczywiście zaraz pochwaliłam się w domu, wszyscy byli ze mnie dumni, ale nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, że już nie wrócę.
Powinnam tu dodać, że standardowy okres próbny trwa sześć miesięcy, a u mnie trwał zaledwie cztery dni. Po których usłyszałam, że jeżeli nadal chcę pracować, to od nowego tygodnia zostaję przydzielona do prawników zajmujących się sprawami rodzinnymi itp. Oczywiście nie trzeba było zgadywać jak brzmiała moje odpowiedź. Tego samego dnia zakomunikowałam, że nie wracam do Polski...
Czy coś się zmieniło w moich relacjach z rodziną?
Tak, zachowali się tak, jak gdybym nie istniała... Szybko się rozłączyli i na tym byłby koniec naszych relacji. Podświadomie wiedziałam, że muszą się oswoić z tą myślą i przejdzie im po jakimś czasie, ale tymczasem nie miałam zamiaru się tym przejmować.
Teraz pewnie usłyszę, że jestem wyrodną córką, siostrą i wnuczką, ale taka nie jest prawda, ja po prostu chciałam zacząć żyć swoim życiem, a nie ich. Dlatego spokojnie przeszłam nad tym do porządku dziennego.
Tempo, w jakim wykonywałam wszystkie polecenia, było powalające i to do tego stopnia, że bywały dni, że musiałam na siłę szukać sobie zajęcia. Kiedy jeden z założycieli zauważył to, wziął mnie rozmowę i spytał się czy wyrażam zgodę na to, aby przeniósł mnie do conveyancing department. Uprzedził mnie, że tam jest masa, często nudnej i powtarzającej się pracy, ale mnie to odpowiadało. I takim sposobem w ciągu trzech tygodni awansowałam.
W między czasie sytuacja w domu się uspokoiła, zaczęliśmy rozmawiać. Oni oczywiście doszli do wniosku, że zrobiłam bardzo dobrze, że zostałam (o tym to ja wiedziałam od samego początku).
Jak jest teraz?
Jest cudownie. Wręcz uwielbiam swoją pracę i wcale nie przeszkadza mi fakt, że dojeżdżam do niej dwoma pociągami, a potem mam jeszcze spacer do kancelarii. Moi współpracownicy są mili i pomocni. Pracy rzeczywiście jest dużo, ale ja to lubię i wcale nie uważam, żeby była ona nudna.
A miłość?
To jest temat na kolejnego posta... ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
